Wakacyjny horror czyli zbójcy na drodze

Z historii i literatury znamy wiele nazw oraz synonimów dotyczących tej samej profesji. Tak więc dawni zbójcy zwani byli rabusiami, łotrzykami, bandytami, zbójami itp. Z biegiem czasu zarówno metody wykonywania tej profesji jak i ekwipunek niezbędny do jej wykonywania ewoluowały w miarę postępu myśli technicznej jak i zmieniających się warunków zewnętrznych.

Dawny klasyczny, dobry zbój wyposażony był na ogół w maczugę lub inne narzędzie do rozbijania głów, prochowy pistolet, nóż oraz inne niezbędne akcesoria. Działając w pojedynkę jego szanse na zdobycie łupu były znacznie mniejsze niż kiedy działał w grupie, stąd w przekazach dotyczących tego fachu prawie zawsze mowa jest o zbójcach w liczbie mnogiej, np.: „zbójców pełne drogi”. Dowódców takich grup tematycznych zwano hersztami, watażkami itp. Proceder zbójowania w praktyce uwidaczniał się najbardziej w „obsłudze” traktów kupieckich. Generalnie w pakiecie zbójeckim oprócz klasycznego rabunku zbóje świadczyli dodatkowe usługi dla ludzkości takie jak bicie, torturowanie oraz zabijanie, a ich praca polegała głównie na przyczajaniu się, zasadzaniu oraz montowaniu mniej lub bardziej wymyślnych pułapek.

Polscy zbójcy współcześni generalnie działają podobnie lecz do tego procederu postanowili posiłkować się coraz to nowszą technologią, stawiając na drogach setki, jeśli już nie tysiące fotoradarów, których stopień zakamuflowania zależy głównie od inwencji i kreatywności burmistrzów, sołtysów i innych przywódców okolicznych sołectw, tak więc można spotkać na polskich drogach głównie lokalnych radary ukryte w żywopłotach, drzewach, rowach itp. Metoda jest zresztą najmniej ważna, ważny jest efekt. O ile przed dawnymi zbójcami można było się ustrzec przez wynajęcie orszaku zbrojnych, tak przed współczesnymi ustrzec się nie sposób, działają bowiem w grupie, w której ważną rolę spełniają decydenci od stawiania tak zwanych znaków drogowych, czyli „goście” od konstruowania zasadzek.

Weźmy na przykład fragment prostej drogi w słoneczny dzień, na której wolno rozwijać prędkość do 90 km/h, a za nim łagodny zakręt i krzaczki. Perfekcyjnie zmontowana pułapka polega na ustawieniu w nich znaku ograniczenia prędkości do absurdu czyli 30 km/h i bezpośrednio za nim umiejscowienie fotoradaru. Takie rozwiązanie pozbawi kierowców jakiejkolwiek szansy na wytracenie prędkości do wymuszonej przez absurdalny znak. Skuteczność działań prawie 100%. Ustawa o ruchu drogowym oraz wszystkie rozporządzenia dotyczące procedur badania szybkości mówią wyraźnie o tym, że radary i kamery fotoradarów muszą być wyraźnie oznakowane bowiem pełnią funkcję prewencyjną, a nie represyjną. Ale nie spędza to snu z powiek naszym lokalnym drogowym kacykom, którzy stopień absurdu posunęli już do tego, że planowane przyszłe przychody z ich zbójeckiego procederu są umieszczane w planach budżetu gminy czy wsi na następne lata. Bo trzeba wiedzieć drogi czytelniku, że cały ten zrabowany szmalec trafia wprost do kasy gminy czy sołectwa, wychodząc z niej z kolei w charakterze szczodrze rozdzielanych premii i innych apanaży dla lokalnych notabli. A zwrot inwestycji w fotoradary jest tak imponujący, że mogłaby ona pretendować do zaszczytnego tytułu inwestycji dekady. Biorąc pod uwagę te ww. przyjemności dodawszy do tego trujące przydrożne bary, że nie wspomnę już o wyboistych i nie trzymających żadnych standardów drogach, wakacyjne podróżowanie przez nasz piękny skądinąd kraj przy pomocy automobilu jest równie niebezpieczne jak i ciekawe.
Szerokiej drogi!
Trwa ładowanie komentarzy...